Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się 23 stycznia 1905 roku w Warszawie, zmarł 6 grudnia 1953 roku także w Warszawie. Ze zdjęć umieszczonych w podręcznikach, monografiach, wspomnieniach czy opracowaniach „(...) wyłania się twarz naznaczona piętnem czasu. Żywe nieco przygaszone oczy. Zmysłowe usta. Konstanty Ildefons Gałczyński”. O swoich imionach tak pisał: „Pierwsze imię było cesarskie, drugie niebiańskie”. A jak było naprawdę? Konstanty miał na imię jego ojciec, a Ildefons zostało wzięte prawdopodobnie z kalendarza gdzie wpisano je pod datą 23 stycznia.
Po wybuchu I wojny światowej jego rodzinę ewakuowano do Rosji, zamieszkali w Moskwie. To właśnie tam rozpoczął naukę w Szkole Komitetu Polskiego. Kontynuował ją w gimnazjum Władysława Giżyckiego w Wierzbnie. Nie interesowały go typowe dla chłopców rozrywki: jazda na nartach, pływanie, gra w piłkę. Wolał czytać, wspaniale recytował, doskonale naśladował nauczycieli. Próbował nawet przekonać kolegów do czytania lektur. Był pupilem profesora rysunków- Brejera. Często zdarzało się, że klasa rysowała zadaną martwą naturę, a Gałczyński robił ilustracje do znanych bajek, fantazje na dowolne tematy. Jan Hoppe, szkolny kolega młodego poety, zapamiętał fragment jednego z nich:
„Ty mówisz, Janku, że poezji czary
Są znikome i puste wyrazy,
Mówisz, poeta to człowiek bez wiary...”
Tak pisał dwunastoletni Kostek. Jego twórczością zainteresował się jego polonista, profesor Pomirowski, którego
wykłady robiły na gimnazjaliście ogromne wrażenie. Słuchał ich w ciszy i skupieniu, a później najchętniej znikał w rozległym parku, szukał samotności.
Po maturze wybrał filologię angielską, jednocześnie studiował filologię klasyczną. Najchętniej uczęszczał na wykłady anglisty Andrzeja Trietiaka, rzadko je opuszczał. Do legendy przeszedł referat, wygłoszony w Kole Naukowym, temat szkockiego poety Morrisa Gordona, którego Gałczyński sam wymyślił. Mówił o jego życiu, cytował wiersze, przytaczał fachową literaturę- wszystko było zmyślone. Opiekun koła wykazał pobłażliwość dla jego żartu.
Chcąc rozwinąć swój talent aktorski , wstąpił do zespołu „Reduty”, kierowanej przez Osterwę i Limanowskiego. Pomyślnie zdał egzaminy (na stu kandydatów przyjęto tylko dwudziestu ośmiu), jednak szybko zrezygnował, gdyż nie odpowiadała mu niemal koszarowa dyscyplina panująca w szkole. Już niebawem przyszło mu bliżej poznać życie w koszarach wojskowych. Otrzymał powołanie do wojska i trafił do podchorążówki piechoty w Berezie Kartuskiej. Udało mu się do perfekcji opanować "sztukę dekownictwa”. Gdy kolegów czekał kilkudziesięciokilometrowy marsz w deszczu i śniegu, on siedział w ciepłej świetlicy. Podał się za radiomechanika, miał zreperować radio, które wcześniej specjalnie zepsuł. Przed nocnymi alarmami meldował się w izbie chorych. Potrafił wmówić przełożonemu, że tylko on może w Warszawie kupić kule „dla komendanckiego drylingu”. Na egzaminie zrobił z siebie zupełnego głupca, nazywając karabin narzędziem szatana. Dzięki temu wkrótce zwolniono go do „cywila”.
Mimo że podobał się kobietom, on sam zwrócił dopiero uwagę na Natalie Awałową, przedstawioną mu w kawiarni „Ziemiańska”. Zachwycona jego recytacją wiersza "Jesienna", przerwała mu w pól słowa. Na jego prośbę nawet wstała, pozwoliła mu przyjrzeć się dokładniej. Gałczyński zupełnie nieoczekiwanie wyszedł. Przez następny tydzień czekał na Natalie w „Ziemiańskiej”, aż wreszcie zdobył jej adres i zjawił się tam
speszony, niepewny. Ślub wzięli w cerkwi na Pradze, złote korony nad głowami nowożeńców trzymali przyjaciele Gałczyńskiego. Liczyli na weselne przyjęcie, choćby najskromniejsze, ale nawet na takie nie było stać młodej pary. Natalia wspominała: „Było pusto, biednie (...) Ale cerkiewne dzwony biły jak na Wielkanoc. Nad schodami nagle przefrunęły gołębie. To był czarodziejski ślub. Takiego drugiego nie mogło być na świecie”.
Poeta z trudem zarabiał na utrzymanie rodziny. Pracował w Polskim Towarzystwie Emigracyjnym, później w Berlinie objął stanowisko referenta kulturalnego Konsulatu Generalnego RP. Samowolnie wziął sobie urlop, by wyjechać z żoną do Holandii i Brukseli, skończyło się to zwolnieniem z pracy i podjęciem desperackiej decyzji o utrzymaniu rodziny jedynie dzięki pracy twórczej. Okazało się to naprawdę
trudne, szczególnie wtedy, gdy na świat przyszła niecierpliwie oczekiwana córka Kira.
Kiedy przechodził okres twórczego wyczerpania, desperacji, poeta dużo pił. Jednak gdy tworzył, alkohol dla niego nie istniał.
II wojna światowa i okupacja hitlerowska to kilka lat w jenieckim stalagu. Myśl o żonie i córce pomagała mu przetrwać. Do kraju wrócił w 1946 roku. Razem z przyjaciółmi utworzył kabaret artystyczny „Siedem Kotów”. Do każdego programu przygotowywał 6-7 numerów, sam również recytował. Kiedyś w czasie przedstawienia rozpłakało się dziecko. Gałczysńki przerwał, odczekał aż malec uspokoi się, potem kłaniając się powiedział: „Dziękuję...Ja też się wzruszyłem”. Kabaret istniał tylko jeden sezon, bowiem coraz więcej tekstów odrzucano, a pomysły poety uznawano za zbyt ryzykowne. Twórczość Gałczyńskiego nazwano skandalem, zastanawiano się, czy on jest wieszczem czy błaznem, pisano że
nie ma szacunku dla czytelników, dla poezji, pisząc bzdury. Stefan Kisielewski, ceniący dawną twórczość „Przekrojowego” autora, o najmniejszym na świecie teatrzyku pisał: „(...) czasem trywialny, najczęściej jałowy moralnie i intelektualnie nijaki”. Jedynym tomikiem, jaki wtedy ukazał się były „Wiersze” (1946r.). Rozpoczęła się bezwzględna krytyka Gałczyńskiego i jego działalności twórczej. Sytuacje nieco zmienił na korzyść udział poety w Warszawskim Kongresie Pokoju. Gałczyński recytował tam wiersz wcześniej odrzucony przez kilka pism literackich- „Przez świat idące wołanie”. Utwór przyjęto z ogromnym entuzjazmem. Wzruszona publiczność długo oklaskiwała poetę. Pozwolono Gałczyńskiemu drukować wiersze, urządzać wieczory autorskie, na nowo zaistnieć.
Ukojenie poeta znalazł w mazurskiej leśniczówce „Pranie”, gdzie dochodził do zdrowia po przebytym drugim zawale serca. Tam napisał „Kronikę olsztyńską” i wspaniały cykl „Pieśni”. Pragnął w nich „ocalić od zapomnienia” to, co było dla niego najcenniejsze, jakby przeczuwając zbliżającą się śmierć. Przyszła ona nieoczekiwanie. Chciał pracować, prosił żonę o herbatę. Gdy Natalia wróciła do pokoju, już nie żył.
„Miał zaledwie czterdzieści osiem lat. Był w połowie swojej drogi”. Urządzono cichy i skromny pogrzeb. „Z dala od zasłużonych, z Bachem granym przez ucznia na skrzypcach. Z jednym odznaczeniem, jakie otrzymał- Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Pośmiertnie”.
Po ponad dwudziestu latach po śmierci poety jego córka, Kira Gałczyńska otwierała muzeum w leśniczówce „Pranie”. Jak bardzo było ono potrzebne, świadczą wpisy do „Księgi Pamiątkowej”: „Wszystko, co pozostawił, jest piękne. Niepiękne jest jedno: to, że Jego już nie ma”.
„O Konstanty. Konstanty...
u Ciebie najmocniej pachną bzy,
najmocniej bije serce,
żal będzie stąd odjeżdżać!
Warto zobaczyć i posłuchać:
<<< Oficjalną witrynę Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
<<< Gałczyński mówi framenty poematu „Niobe”
Początek strony